piątek, 7 grudnia 2012

The Police

Wielu z was pewnie zgodzi się ze mną, że policja amerykańska to dość wdzięczny temat filmowo-serialowy. Od totalnej polewki z policyjnej akademii, przez policjantów skorumpowanych, policjantów bohaterów, policjantów Yupikayey, po  policjantów robionych w jajo przez seryjnego mordercę – również z policji.   
W kategorię Cop Movies wpadają różne filmy, które nie zawsze traktują stricte o policjantach, ale chyba wszyscy znamy ten standardowy model: dwóch partnerów na służbie, jeżdżących razem samochodem z kogutem, rozwiązujących największe kryminalne zagadki. Z reguły jest też kilku "bad guyów", narkotyki i parę dupeczek. To wszystko połączone jest z jakąś egzystencjalną rozkminką głównego bohatera, bo albo ciągnie się za nim jakaś mroczna przeszłość, albo w teraźniejszości pakuje się w kłopoty. Kino amerykańskie chcąc chyba coraz bardziej zaskakiwać widza  odbiegło  jednak od tradycyjnego modelu. Teraz źli bohaterowie są dobrzy, to ich losy śledzimy, im kibicujemy, a policja występuje ewentualnie jako banda gamoni, którzy przeszkadzają żyć.

Kiedy wspólnie z filmowym towarzyszem postanowiliśmy obejrzeć End of Watch, zdałam sobie sprawę, ze naprawdę dawno nie oglądałam dobrego Cop Movie.  Nie sądziłam, że obejrzę jeden z najlepszych filmów tego roku.

Genialny pomysł na kręcenie większości scen "z ręki"  sprawia, że od pierwszych sekund jest niewyobrażalne napięcie. Nie można pozbyć się uczucia, że zaraz coś złego się wydarzy, że źle się to wszystko skończy. Widmo nie-happy, ale zdecydowanie endu snuje się jak czarna chmura, ale absolutnie nie znaczy to, ze film jest przewidywalny, wręcz odwrotnie – każda scena zaskakuje. "Amatorskie" zdjęcia i sekwencje ujęć pozwalają na skoki w historii i jednoczesne zachowanie płynności nawet, kiedy w sekundę przenosimy się ze strzelaniny między gangami do weselnych toastów. To tyle od strony technicznej. 

Ale film broni się najbardziej samą opowieścią i grą aktorską. Chemia między dwójką, głównych bohaterów jest wyjątkowa nie tylko ze względu na ich filmową przyjaźń, ale, przede wszystkim, ze względu na to, jak zostali zagrani. Ja nie wiem, jak Jake Gyllenhaal  to robi, ale za każdym razem, gdy gra "opposite another actor" mam wrażenie, że on autentycznie swojego partnera z planu kocha, uwielbia i zna na wylot. Poza tym naturalność Jake’a w stylu bycia, wyrazie twarzy i nawet w przeklinaniu jest elektryzująca. Nie mogę nie wspomnieć o Michaelu Peña, który już zgarnia za swoją rolę mnóstwo nominacji do nagród. Zgranie między tą dwójką jest świetne zarówno w scenach dramatycznych, jak i komediowych (tu pierwsze skrzypce grają  bardzo dobrze napisane dialogi podkreślające wszystkie różnice kulturowe, tak wyraźne między Whites and Hispanics). A to, jak podczas akcji zwracają się do siebie per „Partner” uderzy w każde miękkie serce. I jeszcze jedna rzecz, która mnie urzekła: policjanci Taylor i Zavala to prewencja, drogówka, interwencja – nie specjaliści od krwi, wydział zabójstw, czy wszechmogące CIA – a to dodaje prawdziwości, której ostatnio bardzo poszukuję w filmach.

Nie można nie docenić Los Angeles –  miasta, które straszy  i które przez ostatnie lata przeszło ewolucję z czarnego gangu do latynoskiego kartelu, co zostało tu świetnie pokazane – bez łopatologii i zbędnej dosłowności jak w przypadku np. Crash Paula Haggisa (2004).

Dodatkowo, jest to opowieść o prawdziwej, męskiej przyjaźni, która w End of Watch zrywa ze spopularyzowanym bromancem i wraca do pięknych korzeni, gdzie przyjaciel idzie za przyjacielem w ogień. Dosłownie.


Świetny film. 

A, jeszcze jedno: polski tytuł filmu według IMDb to Koniec Zmiany - w kinach natomiast będziemy mogli zobaczyć Bogów Ulicy...  pozostawiam to bez komentarza.

środa, 21 listopada 2012

Jest taki kraj


Jest taki kraj

W samym środku królowej Europy, leży pewien kraj. Piękny to kraj  od morza, po góry, od Suwałk po Wrocław, od Szczecina po Rzeszów, od Warszawy do Warszawy. To mój kraj.  Samoloty, pociągi, filmy i książki zabierały mnie w najbardziej odległe miejsca, które fascynowały mnie i kształtowały na obywatelkę świata, ale zawsze i na zawsze czuć będę się Polką. Z krwi i kości.  Moja krew i moje kości mają poczucie polskości, razem z moim sercem, które może nie wyrywa się z klatki na myśl o Polsce – ojczyźnie, które może nie bije w rytm Mazurka Dąbrowskiego, ale jest na właściwym miejscu.  Kocham ten kraj. Serio. Ale kompletnie go nie rozumiem.

To kraj, w którym patrioci to ludzie rzucający płytami chodnika w Dniu Niepodległości. To kraj, w którym własną wartość buduje się kosztem gnojenia innych, w którym największe kompleksy stają się najlepszym paliwem napędowym. To kraj, gdzie niesłuszne przekonanie o własnej zajebistości zamyka głowy i oczy na jakąkolwiek tolerancję. To kraj, gdzie można robić sobie żarty z innych narodowości, ich kultury i historii, nie mając pojęcia o własnej historii i kulturze. To kraj, w którym karą za gwałcenie Ukrainek, jest rezygnacja z sushi, gdzie osoby często występujące w telewizji tak samo boją się przyznać do feminizmu, co do bycia Żydem czy pedofila w rodzinie (bo przecież te trzy kwestie to dokładnie taki sam „stygmat”, prawda?).  To kraj, gdzie każdy zna dowcip o „Żydku”, ale nie każdy wysili się na tyle, żeby poczytać o konflikcie Izraela z Palestyną. To kraj, gdzie na lekcjach zapycha się głowy młodych ludzi milionem dat, ale nie ma czasu na przedstawienie historii bez jednostronności i wybiórczości.  To wreszcie kraj, gdzie „wiesza się psy” na aktorze, który zagrał rolę w filmie (dobrze, że nie wiesza się samych ludzi).  Kraj, gdzie można powiedzieć  utalentowanemu aktorowi, który świetnie wykonał swoją prace: Nie jesteś Polakiem! 


Zły Żyd

Maciej Stuhr oberwał od  tłumu rozjuszonych internautów bo zagrał w Pokłosiu człowieka, w którym budzi się sumienie, choć nie wie skąd i dlaczego. Grany przez Stuhra Józek nie jest filozofem, nie toczy egzystencjalnych dyskusji, on jedynie wie, że powinien coś zrobić.  I robi.  A to się nie podoba nikomu we wsi. Tak jak to, co zagrał Stuhr nie podoba się wsi internetowej.  Franek – brat Józka (świetny Ireneusz Czop) też na początku go wyzywa od idiotów, że „po co mu to”, że „tylko kłopotów sobie narobi”. Ale i Franek grzebiąc w historii, która coraz bardziej go pochłania, dojdzie do wniosku, ze „nie przyłoży ręki do skurwysyństwa”.  Pokłosie, zainspirowane wydarzeniami, które miały miejsce, opowiada jednocześnie  historię, która miejsce mogłaby mieć. Tu, dziś. Teraz. W Polsce.  To historia o uprzedzaniach, nietolerancji, zwierzęcości i zwykłej, ludzkiej podłości.

To nie jest film historyczny, czy dokumentalny. To próba pokazania którejś z prawd, która ma zostawić nas, widzów, z moralnym niepokojem.  To  zawoalowany apel o  chwilę refleksji nad sobą,  nad daltonistycznym podejściem do trudnych kwestii, nad  naszym wewnętrznym przyzwoleniem na zło. Ten film miał porwać do myślenia, a porwał do rzucania kamieniami: w Stuhra, w Pasikowskiego, w Żydów – bo przecież każda okazja jest dobra.  I smutne jest to, że po  tylu latach i próbach wyrwania się z ciemnej jednostronności, wiele osób (i to nie tylko rozkrzyczanych internautów) widzi w tej historii zamach na polską tożsamość, nazywając Pokłosie historycznym kłamstwem, śmiejąc się ze smutnych realiów, jak w ogień uciekając przed niewygodną i niełatwą wersją wydarzeń.  Bo przecież lepiej ślepo wyznawać zasadę, że Polak jest dobry - to Żyd jest zły.

Różowy Słoń

Na środku pokoju siedzi wielki, różowy słoń. Ale wszyscy udają, że go tam nie ma. Pasikowski, tak, jak parę lat temu Gross, mówi głośno: „ten słoń tu jest, wiem, że wam nie jest to na rękę, wiem, że łatwiej odwracać wzrok, iść w zaparte, że go nie ma, ale słoń tu jest. I ja o tym słoniu nakręcę film.” I owszem słoń Pasikowskiego w filmie jest dosadny  i bardziej ekstremalny, ale taki być musi, bo to jedyny sposób, żebyśmy wszyscy w końcu przyznali, że go widzimy.

poniedziałek, 19 listopada 2012

Anioły ze Spadającego Nieba

Dzień, w którym niebo spadło na głowę

W dniu, w którym pojechaliśmy oglądać nowego Bonda, niebo zgodnie z  tytułem filmu spadło nam na głowę. Tak, to tego dnia śnieg zasypał całe miasto, po czym tak samo szybko jak się pojawił, zniknął – u niektórych budząc tęsknotę (za starą, dobrą polską zimą), innych przyprawiając o ulgę - czyli robiąc dokładnie to, co nowy James Bond.  

Bond to bezapelacyjnie jedna z najbardziej legendarnych postaci kina, choć skrojona na dość prostą miarę. Nie miał być tajemniczy i mroczny, tylko przebiegły, przystojny i nieokrzesany. I do tego przez 50 lat zdążyliśmy się przyzwyczaić.  I to w Casino Royal (i tylko w Casino Royal), czyli w nowej wersji Bonda, gdzie pierwszy raz pojawił się Daniel Craig, był on bardziej mięsisty, taki z krwi i kości, z rysem charakterologicznym, z ciemną przeszłością i smutną historią, za to bez zbędnych wybuchów, gadżetów i patosów.  W Skyfall Bond, stety-niestety, powrócił do korzeni, czyli znów gania próbując uratować świat z tym swoim szelmowskim uśmiechem i zbyt niebieskimi oczami.  I nie można napisać, że to źle, bo Sam Mendes i Daniel Craig chcieli w ten sposób oddać agentowi należny mu hołd - stąd  nawiązania do  samej legendy Bonda i do nieodłącznych jego atrybutów (Aston Martin ze strzelającymi światłami, Walter PPK i Ms. Moneypenny). Ale...nie można tu jednocześnie próbować upchnąć ideologii, jakoby Skyfall robiło z Bondem, to, co Mroczny Rycerz zrobił z Batmanem, choć podobieństw do historii człowieka-nietoperza jest dużo (sierota, z oddanym lokajem, z posiadłością, która jest dla niego miejscem w równej mierze tragicznym, co magicznym, z targającą nim misją wymierzenia sprawiedliwości). Batmanowy więc, owszem, ale na pewno nie Nolanowy.

Co do samej historii – nic nowego proszę Państwa, ale to akurat dobrze: szalony złoczyńca (och Javier, Javier, jak ty strasznie musisz zgarnąć nominację do Oscara), piękne kobiety, pościgi i walka o ocalenie świata.

Ogląda się to wszystko przyjemnie  również ze względu na plastyczność filmu (kolejna piękna czołówka), efekty, muzykę i po prostu najczystszy  i najlepszy (bo niezobowiązujący do wysiłku intelektualnego) rodzaj frajdy.

Czy nowy Bond zostaje w głowie na dłużej? Absolutnie nie. Do kina rozrywkowego należy podchodzić oczywiście z dystansem, a  Skyfall jest rozrywką pełną gębą. Chyba aż tak pełną, że tę gębę dorysowuje samemu bohaterowi, zwłaszcza kiedy Bond nabija się sam z siebie, że jest już stary i ciężko mu ganiać za zbrodniarzami, albo gdy zbyt mocno  inspiruje się pewnym Kevinem, który strzeże swojego domu przed włamywaczami, zastawiając na nich mnóstwo wymyślnych pułapek – ale ten film to już zupełnie inna historia, i do niej potrzebna jest cała masa śniegu. 

Pijane anioły

Słodko-gorzki jest ten film jak whisky.  Gorzko na początku – dostajemy w głowę od szkockiej rzeczywistości, która nie ma nic wspólnego z dudami, szkocką kratą i zielonymi wzgórzami, a niepokojąco  blisko jej do dresiarskiego Grochowa.  Aniołom tam raczej nie po drodze. A głównego bohatera – Robbie’ego –  chyba tylko anioły mogą uratować (ach jaka szkoda, że nomen, omen Robbie Williams nie zaśpiewał Loving Angels Instead, kiedy nasz bohater z zapałem kopie, bije i szaleje po narkotykach).

Robbie nie jest zły do szpiku kości, jest po prostu pogubiony, połamany i musi się wyrwać z dotychczasowego życia, zwłaszcza, że stworzył ze swoją dziewczyna nowe życie i dla swojego syna chce czegoś więcej niż swojej smutnej młodości.  Robbie za swoje przewinienia zostaje skazany na przymusowe prace społeczne i  poznaje grupę równie złamanych, choć niesamowicie zabawnych ludzi, o których anioły chyba też zapomniały. Opiekunem tej brygady kryzysowej jest Harry – amator whisky.

Wszystko, co zdarzy się w życiu Robbie’go od chwili, gdy odkryje w sobie pasję do whisky, to już bajka, żeby nie powiedzieć historia science-fiction. I choć dość naiwna, to bardzo ku pokrzepieniu serc.  Po tym filmie, przez jeden, bardzo krótki moment, wierzy się w cuda, w szczęście i istnienie aniołów – jeśli nie tych z białym skrzydłami, to przynajmniej tych przebranych za ludzi.  

Wielki plus za tytuł - The Angels' Share i poczucie humoru, do filmu poleca się napisy, no i whisky oczywiście.


środa, 17 października 2012

Natalia Lesz

Bardzo lubię pisać o filmie, który wszyscy już widzieli, wszyscy mają już mocne o nim zdanie, sklasyfikowali go już nie tylko w kontekście kinowych kategorii ("ale dramat", "co za komedia", "prawdziwy horror") ale też w swoich wysublimowanych gustach (yyy…"ale dramat",  "co za komedia", "prawdziwy horror").

To trudne, przyznaję, zwłaszcza, kiedy chce się napisać coś złego, o filmie, który wszystkim się podobał, albo cos dobrego o "Bitwie pod Wiedniem" na przykład.  Trudniejsze, kiedy własna mama dzwoni  oczarowana filmem, koleżanka z pracy cały dzień  przeżywa, a najlepsza przyjaciółka, która jest również filmowym freakiem mówi, że nie pozwoli  powiedzieć złego słowa. Mija parę dni, a ja zakopana po uszy, po równo w korporacyjnych projektach i w jesiennych premierach seriali, nadal nie mam czasu pójść do kina. Następuje apogeum: o filmie piszą absolutnie wszyscy, mniej i bardziej profesjonalne recenzje zalewają internet niczym woda kolejne etapy budowy nowej linii metra, znajomi na fejsbuku krzyczą capslockami, że film lepszy niż "8 mila" czy "Hustle and Flow", tvn24 podaje, że jest to trzeci w historii polskiego kina film z największą liczbą widzów w kinach. Zaczyna trafiać mnie szlag, ze jeszcze tego nadwiślańskiego cudu nie widziałam. Nie wytrzymuję –wyłączam Dextera i Homeland i zaciągam mojego towarzysza do kina w sobotnie południe.

Co więksi kinomaniacy szykują się na WWF, a Kowalscy spędzają ostatnie ciepłe, jesienne podrygi na zewnątrz, rzesza dumnych Polaków mimo znaków ostrzegawczych sunie na podwiedeńską katastrofę.
Na sali, razem z nami, jest może z 10 osób. Staram się otworzyć łeb, usunąć z niego wszystkie zasłyszane i przeczytane opinie.  Ja zaczynam, tak, oto… „jesteś bogiem”.

Niesamowity i uderzający od razu jest klimat – zwłaszcza dla kogoś, kto całkiem niedawno był w Katowicach i wie, ze jedyną jakkolwiek ciekawą  i odrobinę mniej ponurą częścią tego miasta jest Nikiszowiec. Sceny z pierwszego spotkania całego trio, kręcono na aktualnym, niewymagającym charakteryzacji dworcu w Katowicach.  W czasie filmowym jesteśmy 14 lat wstecz, co również świetnie czuć, bo zadbano o najmniejsze szczegóły i to z niesamowitym wyczuciem (teleturnieje w telewizji, Toto Lotek, komputery i dyskietki, a nawet plakat z VIII Finału WOŚP). Zachwyciło mnie to, bo trudno w filmach, zwłaszcza polskich, o wiarygodność.  Gra aktorska rozwala na łopatki  – nie wiedziałam skąd się wzięli Marcin Kowalczyk, Tomasz Schuchardt i Dawid Ogrodnik  (sfilmwebowałam ich dopiero po filmie) – ale pierwszy raz od dłuższego czasu widziałam w kinie taką lekkość i naturalność, co musiało być chyba tym trudniejsze, że przecież grali prawdziwe osoby. W ogóle, postacie biograficzne, niezależnie od tego, kto i jak dobrze je gra (np. Meryl Streep jako Julia Child czy Margaret Thatcher) mają tendencję do bycia przerysowanymi  i w rezultacie często stają się karykaturami bohaterów. Tutaj tego nie było. Kilkanaście naprawdę przejmujących scen, świetnie wpleciona muzyka oraz dowcip (którego w ogóle się nie spodziewałam) przeważyły – to naprawdę dobry film (bez dodawania "jak na polskie kino….").

Historia Magika i Paktofoniki sama w sobie była doskonałym materiałem na scenariusz. Wiadomo, że czyjaś śmierć, zwłaszcza w świecie muzyki czy filmu, tworzy legendę. Taki film pewnie by nie powstał, gdyby Magik żył (i śpiewał PIOSENKI :)). Twórcom filmu  udało się wymknąć widmu tragicznej śmierci i pokazać po prostu historię człowieka.  Momentami  było trochę przydługo, nieskładnie, a dla tych, którzy WIEDZĄ JAK TO BYŁO NAPRAWDĘ (a najwyraźniej jest ich milion)- niezgodnie z rzeczywistością.  Ale myślę, że to rozejdzie się po łokciach, a "Jesteś Bogiem" nawet kilka lat po premierze (filmu, nie Tusku) będzie dobrym, polskim filmem.

I PS. Nie jestem naprędce mianowanym przez siebie ekspertem od hiphopu, bo zawsze miedzy nami był raczej przelotny romans niż wielka miłość. Nie wyrosłam na tej muzyce, bo znane na pamięć teksty „Filmu” czy „Ja mam to co ty” były raczej soundtrackiem do kilku szalonych imprez niż motywem przewodnim mojego dorastania. I choć napisałam pracę licencjacką o samobójstwie,  to nie wiem dlaczego Magik się zabił. Nie mam też swojego bloga w natemat.pl., a w celebryckim świecie jestem nikim. I wiem, że emocje związane z pewną „recenzją”  już opadły, a  uwaga wszystkich zwrócona jest dziś w stronę Stadionu Narodowego i oczekiwania na zaciągniecie dachu z powodu słońca. Mimo wszystko, z tego miejsca, chciałabym pozdrowić  Natalię Lesz.