Ech, jako aspirująca recenzentka powinnam napisać kilka akapitów wysublimowanych obelg, ciętych ripost i bystrych pojazdów. Ale napiszę dokładnie tyle, ile wart jest ten film.
"Total Recall" jest filmem bezkreśnie złym, tak złym, że jego "premake" przy nim wymiata. Jedyne, co po nim zostaje to usilne próby zamiany pamięci w niepamięć, żeby wymazać z głowy świadomość dwóch i pół godzin, których się nigdy nie odzyska.
poniedziałek, 10 września 2012
piątek, 7 września 2012
Narzeczeni
Nie poczuliśmy z moim towarzyszem
filmowym ani Królewny Snieżki ani Łowcy,
którzy wczoraj na telewizorze podłączonym do komputera pojawili się zupełnie
legalnie :) Po czterdziestu
minutach film został brutalnie przerwany zostawiając potarganą Kristen Stewart w ciemnym lesie. Co prawda,
mogłabym go oglądać dalej dla Charlize Theron, która jest tak piękna, że robi
mi się naprawdę słabo, niemniej jednak wspólną decyzją postanowiliśmy dać Snieżce drugą szansę kiedy indziej (czego
zapewne nie zrobi Robert Pattinson).
Chcąc dokończyć
butelkę wina (pierwszą od dłuższego czasu), postanowiliśmy włączyć coś innego -
komedię romantyczną z weselem w tle (pisałam o nich jakiś czas temu przy okazji
filmu "Kochanie, poznaj moich kumpli"). Film nosi wdzięczny tytuł "Jeszcze dłuższe
zaręczyny", ale z "Bardzo długimi zaręczynami" nie ma nic wspólnego.
Jason Segel to cholernie utalentowana bestia. Gra nie tylko w filmach i moim ukochanym serialu
"How I Met Your Mother", ale też jest multiinstrumentalistą (czyli gra na wielu
sprzętach muzycznych), ukradł serce Michelle Williams (co umówmy się, nie mogło
być łatwe) oraz zabrał się za pisanie scenariuszy (do rzeczonej komedii
właśnie). Tom (Segel) i Violet (coraz
bardziej przeze mnie lubiana Emily Blunt) są jedną z tych par, na widok, której
albo umierasz z zachwytu (jeśli sam jesteś w związku), albo zieleniejesz z zazdrości
(jeśli w związku nie jesteś) – ewentualnie odwrotnie. Tom i Violet mają za sobą
piękne love story i naturalną koleją rzeczy postanawiają się pobrać, żeby
swojego love story dopełnić. Jak można się domyślić (skoro zaręczyny mają
miejsce w dziesiątej minucie filmu) od postanowień do realizacji bardzo długa
droga, podczas której nasi bohaterowie będą zmieniać swoje prace, miejsce
zamieszkania (historia zabierze nas ze złotego od słońca i mostu Golden Gate
San Francisco do zimnego, prowincjonalnego Michigan), oczekiwania wobec życia, siebie
i związku oraz, tym samym, datę ślubu.
Jak na komedię
romantyczną przystało, film opiera się oczywiście na utartym schemacie – miłość
pada, żeby powstać i wstaje, by się znowu potknąć i tak dalej. Scenariusz jest
jednak tak fajnie napisany, że ten schemat naprawdę nie przeszkadza (poza tym,
come on, chyba wiemy na co się piszemy włączając komedię romantyczną). Okazuje
się, że można zrobić uroczy film o miłości, z wachlarzem zabawnych postaci
drugoplanowych, który będzie bawił dość inteligentnym poczuciem humoru, a kiedy
trzeba będzie pokrzepiającą serca lekcją o tym, że związek miedzy dwojgiem ludzi,
jak większość rzeczy w życiu, jest tym lepszy, im więcej pracy nas kosztuje, bo
nic, co ma znaczenie, nie jest łatwe (to
mówił co prawda Nicolas Cage w filmie "Weatherman", ale pasuje jak ulał). Zrobiło
się bardzo romantycznie, więc na zakończenie powiem, że można się posikać ze
śmiechu podczas scen z polowania – na zwierzynę, nie na Królewnę Śnieżkę.
poniedziałek, 3 września 2012
Hannah i jej siostra
"Fajne"
chorowanie ma to do siebie, że człowiek jest na tyle chory, że musi leżeć w
łóżku i absolutnie nie może wychodzić z domu (a już na pewno nie do pracy), ale
czuje się na tyle dobrze, że może sobie oglądać filmy i seriale, pod kołdrą, na
grzejącym się laptopie ("you’re hotter than the bottom of my laptop"). Tak
spędziłam właśnie ostatni, wakacyjny tydzień. Obejrzałam kilka dobrych filmów,
a przemyślenia na ich temat same układały się w mojej głowie w niezbyt logiczne
( z powodu choroby), ale, chyba (znów choroba), zabawne recenzje. W niedzielę, czując się "niewiele lepiej, ale
lepiej", zaciągnęłam prawie już zdrową siebie i swojego ledwo ciepłego (no bo się zaraził) towarzysza
do kina na "Siostrę Twojej Siostry". Film urzekł mnie tak, że wszystko, co
widziałam w ciągu chorowitego tygodnia, odeszło w zapomnienie.
Zacznijmy od
tego, że jest Tom, którego już nie ma. W rok po śmierci Toma, poznajemy jego brata - nie mogącego wyjść z pięciostopniowej żałoby Jacka.
Poznajemy też byłą dziewczynę Toma – Iris, która jest ex-dziewczyną nie
dlatego, że Toma już nie ma, ale dlatego, że rozstała się z nim zanim umarł. Iris,
chcąc wesprzeć brata swojego zmarłego, byłego chłopaka (ech), wysyła go na wieś, na malowniczą wyspę,
gdzie mieści się letni dom jej ojca, który w jesienno-zimowym "ąturażu" wygląda
tak pięknie, ze powinien nazywać się domem posezonowym. Jack ma spędzić tam
samotnie kilka dni, żeby przewietrzyć głowę (bardzo piękny angielski tekst: "You
need to space your head"). Gdy tylko Jack
tam się zjawia, spotyka Hannę – przyrodnią siostrę Iris, która również korzysta
z uzdrawiających mocy pobytu na pięknym odludziu. Z lekkim poślizgiem dołącza
do nich Iris, a później może się już tylko dziać… a dzieje się naprawdę ciekawie.
Scenariusz jest
perełką. Sam pomysł na historię jest naprawdę odświeżający, a dialogi
(podrasowywane w ramach spontanicznej potrzeby przez samych aktorów) są wyjątkowo
zabawne i genialnie autentyczne. Autentyczność jest zresztą tym, za czym
naprawdę się stęskniłam. Dawno nie widziałam filmu, którego akcja śmiało
mogłaby się toczyć gdziekolwiek, dotyczyć kogokolwiek, a widz mógłby się czuć
jak jeden z bohaterów. Świetna jest też lekkość, z jaką film został
zagrany przez Emily Blunt (Iris), Marka Duplassa (Jack) oraz Rosmarie DeWitt
(Hannah).
Reżyserka i
scenarzystka filmu, śliczna Lynn Shelton, z niesamowitą łatwością opowiedziała,
w gruncie rzeczy, dość prostą historię. A każda część tej historii jest równie
zabawna, co dająca do myślenia. Ja
zastanawiałam się nad tym, co tak naprawdę kształtuje relację między
rodzeństwem – czy siostry i bracia muszą się kochać, bo rodzina to miłość
bezwarunkowa? Czy też może, jak każda inna relacja – związek między rodzeństwem
to ciężka praca polegająca głównie na wzajemności, a jeden błąd może zawieść
zaufanie? Czy siostrze wybacza się więcej, czy rozumie się ją mniej? Czy więź
między rodzeństwem jest naprawdę tak wyjątkowa?
Bardzo fajny
film.
poniedziałek, 20 sierpnia 2012
Kochanie, nie....!!!
No dobra, komedii z weselem w tle
jest sporo. Niektóre z nich jak "Cztery Wesela i Pogrzeb" to perełki. Inne, jak
"Mój Chłopak się Żeni" czy "Ojciec Panny
Młodej" to przesłodkie klasyki z gatunku weselne comfort movies (filmy, które oglądasz, kiedy za oknem siąpi deszcz,
a Ty chcesz sobie poprawić humor - aa i
jesteś oczywiście lalką, bo jak lalką nie jesteś, albo jesteś lalką super, to,
żeby sobie zrobić w życiu lepiej, zawsze, ale to zawsze oglądasz "Gwiezdne
Wojny"). Są jeszcze filmy weselne, które nie są za mądre, a nawet można powiedzieć, że są dość
głupie, ale śmieszą tak, że turlasz się na kanapie - nieważne czy samotnie czy w towarzystwie -
ot choćby " The Wedding Crashers" albo "27 sukienek".
Do kategorii filmów weselnych wpada też "Kac Vegas" (świetne tłumaczenie
tytułu dla części pierwszej, już nie bardzo dla sequela), chociaż przygody z
wieczoru kawalerskiego pokazane wstecz bardziej zyskały miano bromance’u. Co to
jest bromance? W skrócie chodzi o to, ze bros (od brothers), to najwyższy level
męskiej przyjaźni, bros się uwielbiają, są swoimi, nomen omen, bratnimi duszami,
są jak rodzina i zawsze znaczą dla siebie więcej niż dziewczyna (bros over
hoes).
Po "Kacu" , termin ten wywołał
niemałą ekscytację wśród dziennikarzy, choć nie bardzo sprawdzili jego genezę,
przypisując skacowanym chłopakom stworzenie nowego gatunku kinowego, nie
sprawdzając, że bromance tak naprawdę znany był już w 1994 roku, kiedy na świecie pojawili się Joey i
Chandler z "Friendsów". Tak, czy inaczej, przygody mężczyzn, których łączy… nie
bójmy się tego powiedzieć, piękna miłość (platoniczna, a nie z góry Brokeback) stały
się, zwłaszcza ostatnio, kultowym wątkiem wielu filmów.
I tak dochodzimy do bromance’u z
weselem w tle, jakim jest angielska komedia "A Few Best Men" (w polskiej wersji
"Kochanie, poznaj moich kumpli" – zastanawiam się, kiedy polskim tłumaczom
wyczerpie się schemat pod tytułem: Kochanie
("Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki" ; "Kochanie, jestem w ciąży") oraz poznaj
("Poznaj mojego tatę"), no, ale nie będę czepiać się
tytułu, skoro mogę bezapelacyjnie zjechać cały film.
Przede wszystkim, co jest jednak
swego rodzaju zaskoczeniem, gdy mamy do czynienia z komedią, film nie jest
śmieszny. I to nie tak, że próbuje być śmieszny, tylko mu to nie wychodzi.
Naprawdę doszukać się momentów wymierzonych na efekt w postaci salw śmiechu
jest bardzo trudno. A te motywy, które miały być zabawne, jak seria niefortunnych
zdarzeń (zadarcie z narkotykowym dilerem, kokainowa matka panny młodej, czy bogu
ducha winna owca, której zrobiono lewatywę) prowadzących nieuchronnie do
weselnej katastrofy, naprawdę nie bawią. Wątek główny jest, nawet jak na weselną
komedię, nader infantylny (ona australijska księżniczka, on angielska sierota,
miłość od pierwszego wejrzenia), a okrzyczany bromance wydaje się tani, jak z
telenoweli. Nieznani (poza Olivią "Za dużo botoksu" Newton John i Krisem "byłem
bardzo zabawny w Love Actually" Marshallem) aktorzy jakoś sobie radzą, chociaż
można mieć wrażenie, że czasami sami się dziwią, że grają w tym filmie. Summa summarum,
od reżysera "Priscilli Królowej Pustyni", którą kocham, i scenarzysty zabawnego
"Zgonu na pogrzebie" chciałoby się więcej. A tu można jedynie poczuć się jak ta biedna owca. A kto doczeka napisów końcowych, ten już naprawdę... baran :)
czwartek, 16 sierpnia 2012
Trochę
Trochę z tym filmem jest jak z polskim sportem. Miało być
pięknie a wyszło jak zwykle.
Nikt się tutaj oczywiście nie spodziewał hiszpańskiej
inkwizycji w postaci nader ambitnego kina, ale bycie tylko trochę jak Jason Bourne to jednak za mało.
W historię Aarona Crossa weszłam gładko, bo dzień przed
pójściem do kina na "Dziedzictwo Bourne'a" obejrzałam
"Krucjatę" i "Ultimatum". Wydarzenia z
"Ultimatum" są zresztą bezpośrednią przyczyną komplikacji w życiu
nowego bohatera. Treadstone i Blackbriar zostały spalone, co stawia pod znakiem
zapytania istnienie podobnych operacji specjalnych, których jest, jeśli
mielibyście jakąkolwiek wątpliwość, niezliczenie wiele (biedny Jason Bourne to
jedynie wierzchołek góry lodowej).
Największe szychy z poprzednich części okazują się niewiele znaczący w
porównaniu z jeszcze wyżej postawionymi, okrutnymi nimi (THEY) na czele z
Edwardem Nortonem (gdzie on się w ogóle podziewał od "Czerwonego
smoka"?) Teraz "oni" musza pozbyć się wszystkich śladów programu
Outcome, który (jeśli dobrze zrozumiałam) jest trochę bardziej hardcorową wersją Treadstone z zabawą w genetykę
włącznie. Cud (i chyba też trochę gen McGyvera) ratuje Aarona przed
likwidacją. Teraz, kiedy już zdaje sobie sprawę, że jego własna macierz chce
się go bez skrupułów pozbyć postanawia… no właśnie… wydawałoby się, że jak
Jason Bourne będzie chciał na własną rękę walczyć z okrutnym systemem, albo po
prostu uciekać, ale nie… Aaron Cross nie chce stracić tego, co dzięki
Outcome’owi zyskał. Zgoła inna motywacja niż próba dotarcia do genezy własnej
osoby czy też zemsta za śmierć ukochanej, prawda?
Trochę trudno wczuć się w los agenta Crossa, kiedy już wiemy, o
co walczy. Łatwiej współczuć Marcie (piękna jak zwykle Rachel Weisz), która
najpierw cudem ocalała z masakry całego zespołu laboratoryjnego (bardzo dobra
scena zresztą), a potem tylko dzięki Aaronowi uszła z życiem, kiedy CIA chciało
dokończyć to, co zaczęli. (mała dygresja: nawet ja wiem - broń boże nie z
własnego doświadczenia - że można najpierw kogoś zabić, a potem upozorować
samobójstwo, więc cała ta szarpanina w domu Marty jest trochę bez
sensu). Poza tym, choć emocjonalne sceny żona Jamesa Bonda gra fenomenalnie, to
strzelaniny i takie kino akcji trochę jej nie leżą.
Z każdą, kolejną minutą robi się coraz gorzej, bo i
ucieczka po dachach już nie taka, bijatyki nie w tym klimacie, Likwidator też
ni przypiął, ni przyłatał (wygląda trochę jak taki niewyspany aktor z
lat 70, ten który jako siódmy z kolei
podbiega walczyć z Brucem Lee), a pościg motorowy jest zwyczajnie nudny.
"Dziedzictwo" leży w filmowej dolinie Trochę,
bo tak naprawdę wszystko w tym filmie jest tylko i aż trochę, i to trochę
w każdą stronę: scenariusz - trochę nielogiczny i z rozpędu (no na samym
podobieństwie do trylogii nie pojedziesz, panie Gilroy), reżyseria - trochę nierówna
(jak wyżej), aktorzy - trochę nudni. I niby nie można napisać, że to
strasznie zły film, bo nie ma tak naprawdę konkretnego z tym filmem problemu.
Ale skoro po trosze zawodzi wszystko,
to jednak film może rozczarować, zwłaszcza fanów Trylogii.
Nie wiem jak inni, ale ja chciałabym poprosić Bourne’a o
nowy testament.
PS. Wiem, że nie napisałam nic o Jeremym Rennerze, ale wyznaje złotą zasadę, że jak nie wiesz co napisać - to lepiej nie pisz nic. No dobra... mój kinowy towarzysz ma rację, on trochę wygląda jak average American idiot i trochę jak Eminem (czy to nie to samo?) :)
środa, 8 sierpnia 2012
Kosmos Poliż
Ten film zepsuli mi Kowalscy.
Najpierw się spóźniali, szukali miejsc, jedli, pili, rozmawiali przez telefony.
Potem, po niespełna 15 minutach, zaczął się odwrót, atlanticowe fotele
trzaskały jeden po drugim, jeden po drugim, jeden po drugim. Wychodziły głównie
młodziutkie dziewczątka, które ewidentnie pomyliły Cosmopolis z Cosmopolitan, a
to wszystko razem sprawiło, że o od początku seansu byłam na lekkim
nerwie.
Przegadany, nudny, sztywny, powolny,
męczący, zupełnie nijak mający się do rozrywki? Może i tak! Ale też zupełnie
inny niż wszystko, wbijający się w pamięć, doskonale oddający próby odnalezienia
sensu życia, a może i sensu w życiu, będący groteskową alegorią na wszystkie
cienie i blaski kapitalizmu i jednocześnie do bólu rzeczywistym jego obrazem.
Z pozoru prosta historia (Cronenberg
podobno napisał scenariusz - co prawda będący adaptacją książki Dona DeLillo - w
6 dni) o finansowym „rekinku”, który ma wszystko i zaraz ma (chce?) wszystko
stracić. Udana metafora jednego dnia w
jadącej limuzynie jako całego życia, które mija, tak jak samochód mija kolejne
ulice. Fajna symbolika ciszy w limuzynie kontrastująca z chaosem ulic Manhatannu. Każda podróż ma swój cel - tu jest nim odrobina „normalności”
w postaci wizyty u fryzjera. Ale w dzisiejszym świecie prosty cel nie zawsze jest do osiągnięcia, a świat potrafi zaskoczyć nas zupełnie innym, nieuniknionym ostatnim przystankiem. Może nas też zaskoczyć spotykanymi po drodze ludźmi. Tu mamy sporo dziwnych postaci, które przewijają się
przez samochód i wchodzą z głównym
bohaterem w filozoficzne dysputy (począwszy od
Juliette Binoche, przez Samanthę Morton, skończywszy na Paulu Giamattim (och,
ależ on jest świetny)). Fakt bezsporny: Robert Pattisnon potrafi grać, a
przynajmniej przekonująco wygłaszać długie i skomplikowane kwestie, no i naprawdę
niezła scena w Barbershopie i ta fenomenalna fryzura!
Nie wiem, czego zabrakło
opuszczającym kino jak szczury (!) tonący statek dziewczątkom, bo przecież był
ich idol: błyszczący w słońcu jak miliony monet Pattinson, była limuzyna, Manhattan,
seks, pieniądze, zamieszki, strzelaniny, a nawet raperski, wpadający w ucho kawałek.
Może po prostu Don De Lillo pozostał niezrozumiały? A może dziewczątka nie
znały estetyki Cronenberga? Szkoda, bo
mogłyby się naprawdę w tym filmie przejrzeć jak w prostym zwierciadle. Zobaczyłyby
człowieka, podobnego do nich, który przesiąknięty dobrym życiem i dobrymi w
życiu rzeczami przestał doznawać czegokolwiek tak bardzo, że przestrzela sobie
dłoń, żeby móc cokolwiek poczuć. Czyż nie jest to najbardziej genialne
połączenia hipsterstwa z emo?
Mój nerw mi minął, a film mi się podobał - dopiero po jego obejrzeniu zdałam sobie sprawę, że wychodzące z kina dwudziestoparolatki
nieświadomie, choć tak świetnie dopełniły dzieła.
wtorek, 7 sierpnia 2012
Batman idealny
W najnowszym Batmanie jest
wszystko, czego szuka się w dobrej rozrywce. Wątpię, żeby w ostatnich latach kino natrafiło
na większy skarb niż Christopher Nolan. Jego filmy są jednocześnie powiewem
świeżości i oddaniem hołdu klasyce. Wszystko w tym filmie jest we właściwym miejscu,
we właściwym momencie (może poza powiewającą amerykańską flagą).
Tak jak wśród mistrzów kuchni są
tacy, którzy po prostu finezyjnie łączą produkty i tacy, którzy ściśle
przestrzegają przepisu, tak wśród genialnych twórców kina są tacy, którzy idą na
żywioł i tacy, którzy dokładnie i szczegółowo konstruują swoje dzieło.
Przepis na Batmana idealnego,
według Christophera Nolana:
Bane - główny (ale jak
się okazuje nie jedyny) „Villain” tej części. Jeśli chodzi o batmanowe czarne
charaktery, to nieodżałowany Heath
Ledger postawił poprzeczkę najwyżej jak się dało. Ale Bane jest zupełnie inny
niż Joker. Jest surrealistyczny. Przeraża.
Kunszt tej postaci leży w tym, że nie jest jednowymiarowy. Nie jest „z gruntu” zły, nie chce zniszczyć
Gotham i Batmana, bo (jak Joker) po prostu ma taką fanaberię. Bane’a chce się słuchać. Bane’a chce się poznać.
Bane'a chce się zrozumieć. Ba! W pewnym momencie nawet przytulić!
Tom Hardy - w masce przeraża, jego głos przyciąga, elektryzuje,
wręcz podnieca. Każdy, kto zna tego aktora, rozpozna w zmodyfikowanym
komputerowo vocalu jego akcent. W nowoczesnym kinie, efekty komputerowe
pozwoliły na tworzenie postaci takich jak Gollum czy Avatary w kolorze Smurfów.
Można mieć wrażenie, że postaciom „nie z tego świata” aktorzy dają z siebie naprawdę
niewiele. Tu jest inaczej. Jasne, że Hardy jest efekciarsko przerośnięty, a z
twarzy widać mu jedynie oczy, ale czuć go w każdym wypowiedzianym przez Bane’a
zdaniu.
Selina - do tej pory w trylogii Nolana kobieta w historii Batmana
była tylko jedna. Oczywiście, zagrana
przez Katie Holmes w Początku i Maggie
Gyllenhaal w Mrocznym Rycerzu, Rachel Dawes jest miłością Bruce’a Wayne i ta
miłość motywuje go do różnych działań, a śmierć Rachel w drugiej części ma
kolosalny wpływ na losy głównego bohatera. Ale, dla widza ta postać, jest jedynie
dodatkiem. Tym razem mamy do czynienia z
kobietą, która śmiało może się z Batmanem równać – jest kotem idealnym – tajemniczym,
czarnym, przebiegłym i pięknym.
Anne Hathaway - nie przepadam za Anne Hathaway, ale tak jak Joker
bezapelacyjnie ukradł część drugą Batmana, tak Cat Woman kradnie część trzecią.
Zrobiła to idealnie. Dzięki niej ten film nabrał niepowtarzalnego smaku.
Scena między
Christianem Balem a Michalem Cainem - umówmy się, Bale genialnym aktorem
jest, ale ponieważ większą część filmów o Batmanie spędza w kostiumie mówiąc tak, jakby
ktoś mu kazał pić przez tydzień wódkę i siedzieć na mrozie – nie bardzo widać
jego aktorski sznyt. Ta scena w całej
okazałości rozsmarowuje nam na twarzy talent Bale’a i dostojność Caine’a . Warto
przypatrzeć się twarzy tego pierwszego – coś niesamowitego.
Odrobina wyważenia - na każda scenę dramatyczną,
wzruszającą, czy nostalgiczny flash back, który poniekąd tłumaczy konstrukcję
różnych postaci, przypada scena wciskająca w fotel, gęsto posmarowana efektami
specjalnymi i doprawiona, jak na Nolana przystało, niepokojem, gęsią skórką i
wciąż rosnącym napięciem (genialna scena z wysadzeniem stadionu).
*Tu muszę jednak ostrzec przed
zbytnim patosem i lekką przesadą jak choćby wspomniana amerykańska flaga, czy umiejscowienie
zawsze dla mnie zupełnie oderwanego od rzeczywistości Gotham w świecie, gdzie
jest prezydent USA.
Precyzja, konsekwencja i pilnowanie detali - znak firmowy tego
szefa kuchni (tak ważny w przypadku trylogii), mamy więc mnóstwo odwołań do
wcześniejszych części, łącznie z cudownym Cillianem Murphy, który epizodycznie
pojawia się znów jako dr Crane.
Domknięcie - ostatnia część trylogii rządzi się swoimi prawami -
Nolan zamyka to, co musi, ale zostawia furtki tam gdzie może. Jedyna obawa,
jaką mam, to, że za 5 lat kolejny „Schumacher” pokoloruje Gotham i każe
Robinowi fruwać w kostiumie z sutkami, zamieniając perfekcyjne nolanowskie
danie w fastfoodową papkę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


